dr Joanna Golonka Rzeszów, 7.09.2002
Rzeszów
1. Nazywam się Joanna Golonka. Mam obecnie prawie 35 lat. Jestem pracownikiem naukowo-dydaktycznym Instytutu Filologii Germańskiej Uniwersytetu Rzeszowskiego - to gwoli przedstawienia się. W moim wystąpieniu chciałabym skoncentrować się na wybranych aspektach mojego życia, szczególnie tych, które są związane z moją edukacją.
1. Zachorowałam na wodogłowie w wieku prawie 9 lat, mniej więcej na początku trzeciej klasy szkoły podstawowej, czyli we wrześniu 1976 roku. Chorobę tę zdiagnozowano w Instytucie Pediatrii AM w Krakowie-Prokocimiu. Tam też jeździłam z rodzicami na konsultacje właściwie aż do ukończenia szkoły
średniej i tam przeprowadzono jedenaście z moich, o ile się nie pomyliłam w liczeniu, czternastu operacji.2. Ok. miesiąc przed ukończeniem klasy czwartej (w połowie maja 1978 roku) pojawiły się u mnie objawy wskazujące na konieczność rewizji zastawki. Wtedy jednak w Szpitalu Wojewódzkim w Rzeszowie, gdzie moi rodzice poprosili o karetkę do Krakowa, stwierdzono u mnie wyrostek i zoperowano go. Po przetrzymaniu mnie kilku dni po tej operacji mój stan bardzo się pogorszył. Wiem o tym tylko z opowiadań rodzi
ców, gdyż zapadłam wtedy na sześć miesięcy w stan śpiączki, a okres ok. roku wcześniej przykryła amnezja wsteczna. Mimo to w klasie czwartej, z której pozostały w mojej pamięci jedynie jakieś małe wycinki, wiele zaś zdarzeń jest zupełnie "skasowanych", bardzo dobrze się uczyłam, a po odzyskaniu przytomności na początku listopada 1978 roku rodzice przywieźli mi do Krakowa świadectwo ukończenia klasy czwartej, z czerwonym paskiem, tzn. ze wszystkimi ocenami bardzo dobrymi. Tylko po ilości opuszczonych dni widać wpływ choroby (w klasie pierwszej 4, w drugiej 6 dni, w trzeciej 61, w czwartej 45).3. Po odzyskaniu przytomności moja inteligencja jak też zdobyta wcześniej wiedza pozostały prawdopodobnie nienaruszone (nie znam bowiem wyników badań psychologicznych, jakie potem przeprowadzono). Obudziłam się ze śpiączki sparaliżowana. Kolejne miesiące to była więc intensywna rehabilitacja i skromne próby indywidualnej nauki. W połowie kwietnia 1979 roku, po zdjęciu gipsu z obu moich nóg (konieczne okazały się operac
je wydłużenia ścięgien Achillesa) wyjechałam do sanatorium do Zakopanego, by tam nauczyć się chodzić. W Zakopanem normalnie uczestniczyłam w lekcjach organizowane w sanatorium. Jednak miałam wiele braków, np. z rosyjskiego w szpitalu zdołałam przerobić zaledwie wszystkie litery do końca, co w szkołach ukończono mniek wieęcej już w listopadzie. Tak więc w sanatorium po raz pierwszy uzyskałam w sumie cztery oceny dostateczne, ale też dwie bardzo dobre, z języka polskiego i historii.4. Bardzo cenne były szczególnie lekcje polskiego w sanatorium - to były podstawy składni czyli budowy zdań (tyle pamiętam). Bardzo dobrze sobie radziłam z rozbiorem zdań na poszczególne części zdania. I jestem przekonana, że to była podstawa do łatwości zrozumienia gramatyki w k
ażdym języku, którego potem się uczyłam. Oraz podstawa do zdobycia specjalizacji językoznawczej na studiach germanistycznych. W maju 1998 roku na Uniwersytecie Gdańskim obroniłam pracę doktorską z dziedziny właśnie składni języka niemieckiegi i polskiego.5. Mimo że prawie nie uczęszczałam do piątej klasy szkoły podstawowej, otrzymałam promocję do klasy szóstej. Stwierdzono bowiem, że bez problemu sobie poradzę. I tak też było: Klasę szóstą ukończyłam z tylko jedną oceną dobrą. W klasach siódmej i ósmej mi
ałam już same oceny bardzo dobre.6. W klasie szóstej prócz fizyki rozpoczęły się też lekcje drugiego języka obcego - niemieckiego. Moja szkoła była jedną z trzech w Rzeszowie, w których próbnie wprowadzono drugi język obcy od szóstej klasy. Nie była to dla mnie miła wiadomość, bo i tak miałam bardzo wiele do nadrabiania. Ale właśnie niemiecki okazał się potem przeznaczeniem mojego życia. W klasie szóstej mieliśmy bardzo dobrą nauczycielkę niemieckiego. Z tego powodu w liceum wybrałam klasę z poszerzonym p
rogramem nauczania języka niemieckiego. Potem zdawałam maturę m.in. z niemieckiego i wybrałam studia germanistyczne. A po studiach od października 1991 rozpoczęłam pracę w Katedrze Filologii Germańskiej Wyższej Szoły Pedagogicznej (obecnie Uniwersytecie Rzeszowskim).7. Właśnie nauka, uczenie się okazały się dziedziną, gdzie osiągałam bardzo dobre wyniki, z której czerpałam poczucie własnej wartości. Dlatego tak bardzo była ważna dla mnie. Byłam po prostu "kujonem". Poza tym moje życie (przynajmniej w moich oczach) wyglądało marnie. Niezaradność życiowa, życie pod kloszem, niezdarność, izolacja, porównywanie się z innymi i kompleksy niższości, brak akceptacji siebie samej, poczucie defektu, wciąż powtarzające się stany depresyjne, strach o wielu twarzach -
to było moje życie, powtarzam: w moich oczach. Na czwartym roku studiów doprowadziło to do kilkumiesięcznej depresji: od października 1989 do 11 lutego 1990 roku, kiedy to coraz bardziej życzyłam sobie śmierci. 11 lutego miało miejsce wydarzenie, które o 180 stopni odwróciło bieg mojego życia. Było to doświadczenie Boga jako mojego Ojca i Jezusa jako mojego Przyjaciela, doświadczenie akceptacji, miłości i przyjęcia. Zbawienia. Otrzymałam nową tożsamość na kolanach Ojca. Moje życie w kolejnych latach, do dziś to proces przezwyciężania choroby, lęku, izolacji, niskiego poczucia wartości. To proces usamodzielniania się. To droga w górę.8. Dopiero bardzo niedawno udało mi się dotrzeć do wiedzy o wodogłowiu, w 2000 roku po raz pierwszy poznałam inną osobę z tą chorobą. W Niemczech. Do tamtego czasu trwaliśmy, moja rodzina i ja, w niewiedzy i nieświadomości. Obserwuję u siebie problemy, jakie mają osoby z wodogłowiem: słabą koncentrację i orientację, niezgrabność, potrzebę przytulania się, zawodzi mnie pamięć t
zw. krótka itd. Dzięki łasce Boga nauczyłam się je jednak przezwyciężać, choć czasem ne jest to wcale łatwe.